NA WŁASNE OCZY WIDZIAŁA BRAWUROWĄ AKCJĘ „ORLIKA”: „UCIEKALI PRZEZ NASZ OGRÓD…”

Akcja rozbicia sowieckiego więzienia w Puławach przypominała sceny z najlepszych filmów sensacyjnych. Dowodził nią major Marian Bernaciak ps. „Orlik”, oficer Zrzeszenia WiN. 24 kwietnia 1945 r. pod bramę otoczonego murem kolczastym więzienia w Puławach podjechały dwa ciężarowe Studebackery. Wyskoczyło z nich czterech sowieckich żołnierzy, eskortujących sześciu poobdzieranych i umorusanych „bandytów”. Byli to major „Orlik” i jego partyzanci. W tym samym czasie reszta oddziału, 34 żołnierzy, po kryjomu okrążyła budynek więzienia.

W czasie rozmowy z wartownikami pojawił się oficer NKWD, który zwietrzył podstęp i próbował sięgnąć po broń. Nie zdążył. „Orlik” położył go jednym strzałem, pozostałych rozbrojono. Polacy, nie zawracając sobie głowy ubowcami zabarykadowanymi na piętrze, po kolei uwalniali więźniów. Podczas odwrotu kapral podchorąży Stanisław Szymański ps. „Igołka”, stojąc na błotniku ciężarówki w mundurze sowieckiego majora, wrzeszczał: Tawariszczi! Poliaki naszych bijut! Uczynił tym na tyle duże zamieszanie, że kiedy na miejsce dotarła wreszcie sowiecka odsiecz, ostrzelała ona zabarykadowanych ubeków! Sukces akcji był ogromny. Uwolniono 107 osadzonych, straty oddziału „Orlika” wyniosły dwóch zabitych i tyle samo rannych. Zginęło pięciu funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki i dwóch milicjantów, pięciu innych było rannych.

Pani Regina: „widziałam to na własne oczy!”

Miała wówczas 14 lat. Doskonale pamięta ten dzień -24 kwietnia 1945 roku. Był wczesny ranek. Mama już się krzątała, tata szykował się do pracy, a ona do szkoły.

Mieszkaliśmy w najbliższym sąsiedztwie siedziby UB (dziś WKU) – przez płot, przy ówczesnej Alei Żyrzyńskiej. Nikt nie miał pojęcia, co za chwilę się wydarzy. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że coś się dzieje. Słychać było rosyjski język. Wyjrzeliśmy przez okno – wspomina 88-letnia pani Regina.

Zobaczyli dużą grupę mężczyzn w radzieckich mundurach, którzy kazali UB-ekom prowadzić się do cel, w których są przetrzymywani „bandyci”. Nagle padło kilka strzałów.

14-letnia Reginka (z lewej) z przyjaciółką przed swoim domem, który sąsiadował z więzieniem UB
14-letnia Reginka (z lewej) z przyjaciółką przed swoim domem, który sąsiadował z więzieniem UB (fot. archiwum)

Ale dosłownie kilka. To nie była strzelanina. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to Marian Bernaciak ze swoimi żołnierzami, a nie żadni Rosjanie. Po chwili, bez większych problemów, zaczęli wyprowadzać więźniów. Większość z nich nie była w stanie iść o własnych siłach – tak byli zmaltretowani, więc po dwóch żołnierzy ciągnęło tych biedaków wspartych na ich ramionach. A oni wlekli nogi po ziemi. W ten sposób wyprowadzono ponad 100 ofiar. Prowadzili ich właśnie przez nasz ogród, bo tędy wiodła najkrótsza droga do ulicy Polnej, gdzie czekały na nich ciężarówki. W płocie mieli przygotowane nawet przejście. Ktoś z nich usunął wcześniej kilka desek. Mama od razu to zauważyła to, ale sądziła, że to „dzieło” łobuziaków z sąsiedztwa. Więźniowie zostali załadowani na samochody ciężarowe i sprawnie wywiezieni. Wszystko trwało, moim zdaniem, około godziny. W tamtej chwili nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy świadkami spektakularnej akcji polskiego podziemia i majora Bernaciaka i że on sam przechodził przez nasz ogród – wspomina pani Regina.

Tego dnia ani ona nie poszła do szkoły, ani jej ojciec do pracy. Bali się wyjść na zewnątrz. Bała się też właścicielka pobliskiego sklepu „Konsum” – pani Domańska, która bardzo prosiła, by w kolejną noc Reginka jej towarzyszyła. Na dobre w tym, że to nie byli Rosjanie sąsiedzi katowni przekonali się, gdy zaraz po akcji, rosyjscy żołnierze zaczęli w pobliżu budować… bunkier. DZOT, czyli dołgowriemiennaja, ziemlannaja, ogniowaja toćka (kropka) stanęła u zbiegu dzisiejszych ulic Lubelskiej i Partyzantów.

Jako ciekawej wszystkiego dziewczynce nawet pozwolono mi wejść do tego bunkra. Pamiętam, że była tam prycza i dużo broni – opowiada pani Regina. A wszystko po to, by w odpowiedni sposób chronić katownię przed „Orlikiem” i jego ludźmi. Dziś pani Regina dalej mieszka w niedalekim sąsiedztwie dawnej siedziby UB. Tylko po jej domu nie ma już śladu. Zostały za to niezwykle żywe wspomnienia heroicznej, brawurowej akcji Mariana Bernaciaka i jego ludzi.

Tekst: tp, foto: tp

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz