RYKI: UDRĘCZENI

– Dajcie nam spokój! Nie chcemy nic więcej. Tak się nie da żyć! – płacze Natalia Czechowska, mieszkanka wsi Potok koło Ryk. Starsza, schorowana kobieta jest zdesperowana. Jak podkreśla – wszystko przez zamożnych sąsiadów, którzy od kilkunastu lat uprzykrzają jej i jej synowi życie.

Natalia Czechowska
Natalia Czechowska

Sąsiedzka wojna z licznymi sądowymi procesami w tle trwa od 2003 roku. Ale zamiast się wyciszać – jest coraz bardziej intensywna.

Sąsiad dawno temu zapowiedział, że obrzydzi nam życie i nas wykurzy z naszej ziemi. Najchętniej zagarnąłby całą wieś. Większość woli mu zejść z drogi, ale ja stąd nie odejdę. No bo gdzie bym miała iść na stare lata? – pyta pani Natalia.

Rodzina R. to miejscowi potentaci – mają plantacje owoców, handlują maszynami rolniczymi. Przy nich Czechowscy to pionki.

Ale czy to oznacza, że mogą stawia mury na naszej ziemi? Gdy matka próbowała powstrzymać ich przed stawianiem ogrodzenia na naszej działce, dostała wyrok. Bo nawet wezwana na miejsce policja nie stanęła w jej obronie. Nie wysłuchała. Zrobił co chciał. Dopiero niedawno sąd doszedł do wniosku, że R. faktycznie postawił ogrodzenia na naszej ziemi i nakazał mu je rozebrać. Ale wcześniej to matka dostała wyrok. A ile to nas nerwów i pieniędzy kosztowało? Aż trafiła do szpitala – mówi Wiesław Czechowski – syn pani Natalii.

Oboje podkreślają, że sąsiedzi – ojciec, syn i zięć, uciekają się do coraz to wymyślniejszych sposobów, żeby im dokuczyć. A to skierują rurę odprowadzającą wodę na ich posesję, żeby ich zalewała, a to kamery monitoringu „wycelują” w ich dom, usypią pod płotem Czechowskich gigantyczną hałdę ziemi, żeby obsypywała się im na podwórko, czy wybudują gazociąg tuż pod ich posesją. Na dowód pokrzywdzeni pokazują tony dokumentacji, zdjęć i wyroków. Niestety z tego, że mają rację, nic dla nich nie wynika.

Tymczasem sąsiedzi nieźle się bawią i nasyłają na nas policję z byle powodu. A mundurowi słuchają się pana R. i przyjeżdżają jak na zawołanie. W miniony weekend byli przecież dwa razy, bo śmiałem palić na swoim podwórku zgniłe siano i dym poleciał w kierunku hali sąsiada. Policja przyjechała, odmówiła pokazania legitymacji i zaczęła mnie pouczać. A kiedy poprosiłem ich, skoro już są tacy „pomocni”, żeby podjechali w nocy i zobaczyli, co z tira wyładowuje sąsiad, to usłyszałem od policjanta – może handluje narkotykami? Co cię to obchodzi. No to ja zwróciłem uwagę, że pan R. jeździ ciągnikami bez tablic rejestracyjnych. I też zostałem uciszony, bo takie rzeczy policji nie interesują, tylko moje zgniłe siano. I tak jest w kółko. Jak nam zginęło 100 główek kapusty, a wydeptana ścieżka zmierzała w kierunku posesji sąsiadów, to mundurowi nawet nie chcieli przejrzeć ich monitoringu, bo to i tak mała szkodliwość. Wygląda to tak, jakby policja nie była dla obywatela, tylko służyła państwu R., bo są bogaci – nie kryje rozżalenia pan Wiesław.

Przed nimi kolejny proces wytoczony przez sąsiada. Oboje przyznają, że są już tym udręczeni.

Chcielibyśmy, żeby wreszcie rodzina R. zostawiła nas w spokoju. Ale wiemy, że to się nie stanie, dopóki będą mieli wsparcie w policji. Dlatego młody R. może krzyczeć za mną: „Natala, choć dam ci jeść, bo ci pewnie nie nagotowali”. Zwraca się do mnie jak do śmiecia, poniża, śmieje się. A ja mam tyle lat, co jego matka – spuszcza głowę starsza pani.

A przecież tą patową sytuację mogłaby rozwiązać interwencja dzielnicowego, który zwróciłby dokuczliwym sąsiadom uwagę – raz, drugi, trzeci. Inaczej konflikt zamiast wygasać, będzie stale podgrzewany. Czas to przerwać.

Tekst i foto: tp

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz