RYKI: DOŚĆ WYCIERANIA SOBIE MNĄ GĘBY I OPLUWANIA GĄSKI

Z Leszkiem Smolarkiem – znanym ryckim przedsiębiorcą, rozmawia Tygodnik Powiśla.

W latach 2008-12 ówczesny burmistrz Ryk Jerzy Gąska umorzył w sumie 95 tys. zł z tytułu zaległych podatków kilku lokalnym przedsiębiorcom, którzy mieli się znaleźć w trudnej sytuacji finansowej. W 2014 r. Prokuratura Rejonowa w Puławach oskarżyła burmistrza w związku z tymi umorzeniami o działanie na szkodę interesu publicznego. Od tamtej pory toczy się proces. Gąska, który od ostatnich wyborów samorządowych burmistrzem już nie jest, dwa razy został skazany, a ostatnio – uniewinniony. Na skutek apelacji prokuratora – proces właśnie rozpoczął się na nowo – po raz czwarty. Jednym z najważniejszych świadków pozostaje Leszek Smolarek – znany rycki przedsiębiorca, któremu Jerzy Gąska umorzył wówczas 55 tys. tys. zł podatku. Dopiero teraz Smolarek postanowił publicznie zabrać głos w tym tak głośnym, szeroko komentowanym przez mieszkańców Ryk temacie.

Długo Pan milczał. A przecież w tzw. „procesie Gąski” jest Pan bardzo istotnym świadkiem, a Pański przypadek – jednym z jej głównych wątków. Co się takiego stało, że właśnie teraz – po czterech latach od uruchomienia prokuratorsko – sądowej machiny, zgodził się Pan na ten wywiad.

Bo mam szczerze dość nie samego procesu, ale tego, jak ohydnie manipuluje faktami pan z ryckiej gazety – Zbigniew Jończyk, który od początku go relacjonuje. W ubiegłym tygodniu ukazał się kolejny artykuł jego autorstwa. I tym razem pan Jończyk przekroczył wszelkie granice dziennikarskiej manipulacji. Nie mogę tego tak zostawić. To, co się ukazało w Twoim Głosie, nie ma nic wspólnego z etyką i rzetelnością, jaką ma się wykazywać dziennikarstwo. Przemilczenie przez niego fundamentalnych dla sprawy faktów, publikowanie półprawd, to manipulacja w czystej formie. Czemu i komu ma to służyć? Kto jest zainteresowany tym, żeby opinia publiczna nie poznała prawdy? Przecież pan Jończyk zna fakty i treść zeznań poszczególnych świadków, w tym moich zeznań, bo jest obecny na kolejnych rozprawach. Mimo, iż posiada pełną wiedzę, ujawnia tylko to, co jest dla niego wygodne. Coraz częściej zastanawiam się, czy robi to z własnej woli, czy może na czyjeś zlecenie? W każdym razie uznałem, że tym razem muszę ostro zareagować. Dość opluwania Jerzego Gąski i wycierania sobie gęby moją osobą.

Ale przecież Jerzy Gąska faktycznie umorzył panu blisko 50 tys. zł z tytułu zaległości podatkowych.

I nikt temu nie zaprzecza. Od 30 lat płacę bardzo duże podatki na rzecz mojej gminy. To jest ok. 60 tys. zł z tytułu podatku od nieruchomości. Do tego dochodzi podatek od osób zatrudnionych przeze mnie. Byłem i jestem solidnym płatnikiem, który dodatkowo nigdy nie szczędził pieniędzy na sponsorowanie lokalnego klubu piłkarskiego czy różnych wydarzeń kulturalnych. Przez te lata tylko raz – powtarzam RAZ, musiałem prosić burmistrza o pomoc. Znalazłem się w katastrofalnej sytuacji. W jednym czasie zbiegły się ogromne problemy rodzinne i biznesowe. Dosłownie wszystko zawaliło mi się na głowę. Te 55 tys. zł w tamtej chwili miało decydujące znaczenie, zarówno dla mojej firmy, pracujących w niej ludzi, ich rodzin, jak i w konsekwencji – dla całego miasta. Musiałem poprosić o pomoc gminę. Nie miałem wyjścia.

I burmistrz Gąska tej pomocy udzielił – umorzył podatek. A gdyby tego nie zrobił? Nie mógł Pan np. wziąć kredytu?

Niestety nie. Miałem tylko trzy wyjścia: albo dać się zlicytować i stracić dorobek całego życia (ciekawe czy ktokolwiek chciałby poddać się egzekucji), albo wystąpić do gminy o umorzenie podatku i ratować firmę, którą budowałem 30 lat, albo sprzedać nieruchomość. Przyznam, że w tym czasie pojawił się nawet kupiec – Jeronimo Martins – właściciel sieci Biedronka. Do dziś mam umowę przedwstępną, którą mi przesłali. O tych wszystkich faktach pan Jończyk doskonale wie. Problem w tym, że te fakty w żaden sposób nie mogłyby posłużyć do manipulacji, więc są celowo przez niego przemilczane.

To dlaczego nie wybrał Pan trzeciej opcji i nie sprzedał firmy oraz nieruchomości?

Sam się często zastanawiam. Czasem nawet trochę żałuję, bo mogłem za te pieniądze spokojnie, godnie żyć do końca swych dni, a nie szarpać się i czytać wypociny kogoś, kto tylko z sobie znanych niskich pobudek wyciera sobie gębę moim nazwiskiem. Ale ja nie lubię kapitulować. Dlatego postanowiłem zawalczyć o moją firmę. Bo gdybym sprzedał ją Biedronce, to ta wyburzyłaby obiekty o powierzchni ponad 3 tys. m kw. i w ich miejsce postawiła „stodołę” o powierzchni 1200 m. kw., czyli trzy razy mniejszą. Mam nawet projekt Biedronki na usytuowanie tego obiektu na gruzach obecnych obiektów. Jaki byłby z tego efekt? Gmina Ryki traciłaby co roku 40 tys. zł z tytułu podatku od nieruchomości, bo podatek z 1200 m kw. jest trzykrotnie niższy od podatku z 3300 m kw. To prosta matematyka, ale widać za trudna dla pana Jończyka. Ponadto zamiast 60 miejscowych osób, które znalazły tu pracę w tamtym momencie, w Biedronce zatrudniliby maksymalnie 15 osób. Ale to dla kogoś niewygodne, żeby o tym napisać. Tych 60 osób to w praktyce 60 rodzin, które miały z czego żyć. Nie byłoby tego, gdyby nie mądra, dalekowzroczna decyzja Jerzego Gąski, któremu pan Jończyk i społeczność, oczywiście poza mną (ja już to zrobiłem), powinna podziękować. Burmistrz oczywiście bardzo mi pomógł, ale przede wszystkim jako gospodarz wykonał najlepsze dla gminy posunięcie jakie można sobie wyobrazić w tej sytuacji. Działał w interesie gminy. Nawet dla ludzi, którzy potrafią liczyć tylko do pięciu jest to oczywiste. ale nie dla pana Jończyka. Ja rocznie płacę tyle podatków, co Biedronka przez 3 lata. Łatwo więc policzyć, czy gmina poniosła stratę, czy w następstwie decyzji Gąski – zyskała. Panie Jończyk – proszę wysilić szare komórki i chociaż postarać się to wyliczyć.

No dobrze. Ale nie wspomina Pan o jeszcze jednej możliwości. W tamtym trudnym momencie mógł Pan sprzedać swojego słynnego już jaguara. Oczywiście ironizuję.

Oczywiście, najchętniej sprzedałbym go panu Jończykowi. Mógł go kupić za 5 tys. zł. Za tyle został zresztą sprzedany ten mój słynny, opisany już niejednokrotnie w ryckiej gazecie jaguar, który był i nadal jest używany jako synonim mojego nazwiska. Ale pan Jończyk chyba nie był zainteresowany kupnem – jeździ droższym autem. Celowo nie nazywam pana Jończyka dziennikarzem czy redaktorem, bo nie chcę obrażać rzetelnych, uczciwych, obiektywnych – jednym słowem prawdziwych dziennikarzy. Cóż – jak mówi przysłowie: „Nie urodzi wrona sokoła”. Jedno jest pewne – w związku z tą sprawą nie pozwolę się więcej opluwać, ani dowolnie manipulować faktami. Po prostu to sąd rozstrzygnie, który z nas mówi prawdę, a który z premedytacją kłamie.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad autoryzowany

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Comments

Dodaj komentarz