PUŁAWY: KOMORNIK MNIE ZNISZCZYŁ

Przez wiele lat prowadził szczęśliwe życie. Miał żonę, trójkę dzieci, ładne mieszkanie, dobrą pracę. Ale wystarczyło jedno tragiczne zdarzenie, a życie puławianina – Ryszarda Popławskiego, zamieniło się w niekończące się piekło. Stracił wszystko co miał. Za swój dramat obarcza samego siebie i… komornika.

Pracowałem w Instytucie Nawozów Sztucznych. Wszystko się dobrze układało. Jednak pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że żona jest chora na raka. Pracowała w laboratorium, przy chemikaliach. To było przyczyną. Robiliśmy wszystko, żeby ją ratować, ale nie udało się. Zmarła w 2002 roku. Zostałem sam z trójką małych dzieci. Nie byłem na to gotowy, ale wiedziałem, że muszę zrobić co w ludzkiej mocy, żeby poradziły sobie z tą tragedią. Miały wtedy 6, 8 i 12 lat. Teściowie chcieli stworzyć dla nich rodzinę zastępczą. Nie zgodziłem się. Bardzo je kochałem. Żeby dać im jak najwięcej radości zacząłem je zabierać na wakacje, wycieczki, kupować ładne rzeczy. Próbowałem w ten sposób sprawić, żeby jak najmniej myślały o tragedii, jaka nas spotkała. Ale nie było mnie na to stać. Zacząłem brać pożyczki, potem chwilówki. Brałem jedną, żeby spłacić poprzednią. Pętla zadłużenia zaciskała się coraz bardziej – mówi Ryszard Popławski.

Długi rosły w zastraszającym tempie. Nie pomagało branie na ich spłatę pożyczek w pracy, choć Instytut Nawozów Sztucznych, w którym pan Ryszard pracował jako konserwator, bardzo mu pomagał. Wszystko załamało się, gdy się okazało, że on sam ma raka – nowotwór krtani. Krtań została wycięta. Mężczyzna nie mógł mówić. Musiał uczyć się tego na nowo. Teraz komunikuje się przykładając do szyi specjalne urządzenie – laryngofon, czyli tzw. sztuczną krtań. Nie mógł już jednak normalnie pracować. I wtedy na dobre w jego życiu pojawił się znany puławski komornik.

Jego kancelaria zajęła się ściąganiem moich długów. Zabierali mi dosłownie każdą złotówkę – pieniądze za zaległy urlop, nagrodę za 35 lat pracy, trzynastki, pensje, 15 tys. zł odprawy emerytalnej, 10 tys. zł z PZU z tytułu utraty zdrowia (pracowałem w trudnych warunkach, stąd nowotwór), wreszcie rentę. Czyścił konto do zera, nie pozostawiając złotówki na chleb. Zbierałem puszki, żeby dać dzieciom jeść. Poszedłem prosić o pomoc MOPS. Dostałem 300 zł na cztery miesiące. Pamiętam, że wtedy była interwencja pracownika MOPS u komornika, bo jak się okazało, ten nie mógł zabierać mi wszystkiego, pozostawiając moją rodzinę bez środków do życia. Interwencja była skuteczna, bo trochę z tego co zabrał, musiał oddać. A więc kancelaria komornika z ul. Wojska Polskiego w Puławach nie działała zgodnie z przepisami. Spłacałem regularnie długi, których było w sumie ok. 100 tys. zł, ale dług nie malał, bo komornik cały czas mnożył swoje koszty. Za byle pismo liczył sobie 25 zł, a tych pism były sterty. W sumie koszty komornika były nawet większe niż sam dług. Nie byłem w stanie tego spłacić. Komornik nie chciał ze mną rozmawiać, tylko informował o nowych kosztach. Musiałem coś zrobić, żeby to przeciąć – mówi Ryszard Popławski.

Gdy dowiedział się, że komornik chce zająć i sprzedać za grosze jego mieszkanie, postanowił wyprzedzić jego zapędy.

Na wieść o tym, że czynię starania, żeby sprzedać mieszkanie i spłacić długi, komornik zaczął jeszcze bardziej mnożyć swoje koszty. W mojej ocenie działał celowo. Żeby wycisnąć co się da. Jestem pewien, choć trudno to zliczyć, że samych kosztów komorniczych zapłaciłem ponad 100 tys. zł – opowiada mężczyzna.

Ostatecznie sprzedał mieszkanie za 150 tys. zł. Spłacił dług, a za pozostałe 42 tys. zł kupił dla siebie i niepełnosprawnego syna malutką kawalerkę na tzw. Przedpolu, w pobliżu Zakładów Azotowych. Żyją z dnia na dzień ze skromnych rent. Z trudem wiążą koniec z końcem.

Niby wszystko spłaciłem, ale ciągle dostaję z kancelarii pisma, których boję się czytać. Boję się, czy znów nie pojawią się jakieś koszty, o których nie wiedziałem. Boję się wszystkiego. Komornik zamienił moje życie w piekło. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Straciłem wszystko, włącznie ze zdrowiem. Jestem wrakiem człowieka. Wiem, że sam jestem sobie winny, ale wiem też, że komornik nie musiał być tak bezwzględny. Nie musiał mnie niszczyć. Pracowałem, miałem mieszkanie. Byłem w stanie spłacać długi, ale nie koszty, które rosły lawinowo – podsumowuje.

Ryszard Popławski chce, aby jego tragedia była przestrogą dla ludzi, którzy bez zastanowienia sięgają po pożyczki. Ale ma też nadzieję, że dotrze do serc i sumień innych komorników, którzy realizując swoje zadania, nie muszą jednocześnie deptać ludzi, wykorzystując swoją pozycję i możliwości.

Tekst: Tomasz Gustowski, fot. AF