ABY W SĄDZIE BYŁA SPRAWIEDLIWOŚĆ – FELIETON

Największe i najstraszniejsze zło, jakie człowiek wyrządza człowiekowi, bierze się z niezłomnej wiary w słuszność fałszywych przekonań” – tak to ujął Bertrand Russell. Nasze fałszywe przekonanie to między innymi to, że wszystko jest już zrobione, wszystko już wynaleziono i nie ma potrzeby zmieniać obecnego porządku. Takim przesłankom hołdował rząd PO i PSL i przetrwał dwie kadencje. To sukces rządu i klęska państwa, bo ten czas został niewątpliwie zmarnowany.

Całe swoje dorosłe życie chodzę do sądów. Zacząłem jeszcze w PRL. Na początek stanąłem przed kolegium oskarżony o to, że na powitanie wiosny 1988 roku razem z kolegami topiliśmy marzanę, która jako żywo przypominała pewnego generała i pierwszego sekretarza PZPR. Kukła przypominająca Jaruzelskiego z czapki i okularów została zrzucona z sopockiego mola do morza. Ale niestety nie odpłynęła daleko, gdyż pewien bohaterski zomowiec rzucił się jej na ratunek i brodząc po pas w wodzie wyciągnął ją na brzeg, aby mogła stanowić dowód koronny. Spędziłem wtedy 48 godzin w areszcie mieszczącym się przy ulicy Niepodległości w Sopocie. Zostałem skazany na grzywnę w wysokości 50 tys. złotych. Prokurator podczas swej płomiennej przemowy wskazując na mnie palcem dowodził że krzyczałem „Precz z rządem! Precz z komuną!” i przez to nie rokował nadziei na poprawę. I tak zaczęła się moja przygoda z sądami.

Uczestniczę, w charakterze świadka, w procesie, który trwa 16 lat i właśnie rozpoczął się na nowo. Byłem też, jako czynnik społeczny, sędzią, który nigdy nie został powołany na żadną rozprawę. Dlaczego tak się stało? Bo sędziowie mają swoje paprotki – jak nazywani są sędziowie, którzy nie są sędziami zawodowymi – i nie wezmą kogoś nowego, bo chcą zachować kontrolę nad swoimi pomocnikami. Czynnik społeczny w naszych sądach to emeryci i renciści, którzy nigdy nie zabierają głosu na rozprawie, przez co rzeczywiście są paprotkami.

Sędziów zawodowych mamy w Polsce około 10 tysięcy z czego blisko 4 tysiące to tzw. funkcyjni, którzy są w znacznej części wyłączeni z orzekania. W przeliczeniu na ilość mieszkańców, to duża liczba sędziów, ale nie wpływa ona na szybkość i jakość wydawanych wyroków.

Wszyscy sędziowie mają immunitety. Ale po co? Po to, aby złapani na kradzieży kiełbasy, części do wiertarki, czy gdy prowadzą auto pod wpływem alkoholu, mogli okazać immunitet i spokojnie udać się do domu, by następnego dnia uczciwie sądzić złodziei i pijaków. Władza sądownicza nie bierze się z woli ludu, nie jest wybierana. Co więcej, w żaden sposób nie jest przez społeczeństwo kontrolowana. Sędziowie to nie jest „nadzwyczajna kasta ludzi” i choć trudno jest im żyć za 10 tysięcy złotych, to władza ustawodawcza dbając o komfort pracy sędziów, ich dobre samopoczucie, powinna zreformować sądy. Zreformować tak, aby społeczne poczucie sprawiedliwości nigdy nie było wystawione na próbę. Reforma powinna polegać na tym, że sędziowie byliby pośrednio lub bezpośrednio wybieralni. Pomysł powoływania ławy przysięgłych też jest wart rozważenia. Sędziowie muszą być poddani kontroli społecznej.

Kiedyś pracując w Kijowie zostałem wezwany do sądu w Koszalinie. Z Kijowa leciałem przez Monachium do Gdańska, gdzie przesiadłem się do samochodu i pojechałem do Koszalina. Kiedy pani sędzia ogłosiła zakończenie rozprawy, a ja nadal nie byłem przesłuchany, nieśmiało poinformowałem panią sędzinę o mojej długiej podróży do sądu. Otrzymałem odpowiedź, którą zapamiętam już na zawsze: „Proszę pana, sąd jest człowiekiem, musi odebrać dziecko z przedszkola, a potem ugotować mu zupę. A z panem spotkam się na następnej rozprawie„.

Ludwik Roman Sikora

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz